Moje refleksjeGorący temat
Nr 283 Nr 284 NR 285
   
NASZE, WSPÓLNE SPRAWY...
MOJE REFLEKSJE

Jawnie i niejawnie

Mgr Krystyna Piasecka
Prezes Zarządu KSM

Temat niniejszych refleksji nasunął się wprost z bieżącej lektury napływającej do Spółdzielni korespondencji od coraz liczniejszej grupy członków i nie członków, będących posiadaczami mieszkań usytuowanych w obrębie zarządzanego przez naszą Spółdzielnię zasobu mieszkaniowego, lecz przez nich de facto nie zamieszkiwanych, a udostępnianych w różnej formule (najem, dzierżawa, nieodpłatne użyczenie itp.) osobom trzecim lub też tego rodzaju użytkowników dotyczących. Posiadanie kilku mieszkań spółdzielczych nie jest dziś rzeczą ani zdrożną ani naganną, nie wiąże się z obowiązkiem zamieszkiwania w nich właścicieli tych lokali. Po stronie właścicieli tego typu mieszkań występują często jednak (o czym właśnie piszą w listach do Spółdzielni) różne, a nieraz i wewnętrznie sprzeczne, oczekiwania i żądania, tak względem Spółdzielni, jak i innych użytkowników. I jak to nieraz w życiu bywa - miewają inne niż pozostali mieszkańcy danej posesji (czy w ogóle - pozostali członkowie Spółdzielni) interesy.

W czym rzecz ? O tym - polemicznie - dalej, bo jak inaczej ocenić np. domaganie się wysyłania wszelkiej(!) korespondencji i powiadomień nie tylko na adres lokalu, ale dodatkowo jeszcze inne adresy korespondencyjne i koniecznie tylko listami poleconymi, bo innych nie zamierzają respektować (a przecież w ten sposób generowane są dodatkowe i to niemałe koszty, które obciążą wszystkich spółdzielców) lub dostarczenia (w obrębie nieruchomości, w których funkcjonuje system zabezpieczenia miejsc postojowych ze względu na istniejące ograniczenia dla mieszkańców) dodatkowych uprawnień w ilości równej liczbie zamieszkujących w 1 mieszkaniu podnajemców, bo to jedno zezwolenie, które uzyskał, to jest dla niego, itp.

Minęło właśnie 414 lat od czasu, kiedy to spod pióra Williama Szekspira wyszła "Tragedia Hamleta, Księcia Danii" i gdy po raz pierwszy (rok 1600) zabrzmiało powszechnie znane, acz dramatyczne pytanie (rozpoczynające najbardziej znany na świecie sceniczny monolog): "Być, albo nie być - oto jest pytanie". Proszę się w tym miejscu nie obawiać, iż dalszym tematem refleksji będzie rozprawa literacka o twórczości tego genialnego dramaturga i poety lub filozoficzne rozważania nad głębią i wieloraką wszechstronnością sensu stawianego przez Hamleta pytania. Temat refleksji jest bardziej przyziemny, więc wzorem młodszego od Hamleta o równe 70 lat pana Jourdain'a (z Molierowskiej komedii "Mieszczanin szlachcicem") nadal zajmować będę Państwa czas prozą. Prozą życia i zwykłymi, prozaicznymi, płynącymi z lektury wspomnianych wyżej listów do Spółdzielni rozważaniami, wprawdzie nad "być, albo nie być", ale w zgoła codziennych przypadkach i sytuacjach. Przed 25 laty, wraz z przemianami ustrojowymi nastąpiło złagodzenie i rozluźnienie sfery nakazów i zakazów, także w kwestiach majątkowo-mieszkaniowych. Dziś nikogo nie bulwersuje i nie dziwi fakt posiadania więcej niż jednego mieszkania, swoboda obrotu lokalami, itd., i jest to niewątpliwie wielkim pozytywem naszych czasów. Ale życie ma swoje wymagania i prawa.

Równocześnie, wraz z dążeniem do postępującej powszechnej globalizacji, coraz większej ceny nabiera zagadnienie ochrony własnej prywatności, toteż rozwiązania prawne, jakie co pewien czas są wprowadzane w naszym kraju - po latach obowiązywania oficjalnej jawności, wprowadziły sporo obowiązkowo lub fakultatywnie stosowanych utajnień i ochronnych ograniczeń dostępu do wielu informacji, z czym czasem niektórym członkom społeczeństwa trudno się pogodzić. Dzisiaj np. mieszkaniec sam decyduje, czy jego dane mają - być albo nie być - zamieszczone na spisie mieszkańców domu, w wykazie przy domofonowych przyciskach, czy na wizytówce na drzwiach wejściowych do mieszkania. Osoby, chroniące swą prywatność, a w szczególności udostępniające swoje lokale innym (chociaż nie tylko one) najczęściej nie życzą sobie ujawniania ich danych, składając w tym względzie stosowne oświadczenia.

I tu zaczyna się problem, gdy właściciel w lokalu nie przebywa, a "jego czasowi lub stali lokatorzy" np. za nic mają sobie regulamin porządku domowego, zachowując się w sposób uciążliwy lub kłopotliwy dla sąsiadów. Jeśli bezpośrednia interwencja nic nie daje lub konflikt jest tej natury, że koniecznym jest w ocenie osoby, która doznaje określonych "dolegliwości sąsiedztwa" wystąpienie z powództwem cywilnym do sądu, to istnieje potrzeba dotarcia do danych osobowych sprawcy.

O dostęp do danych, których w spisie lokatorów brak, interweniujący najczęściej zwraca się więc do administracji spółdzielczej. A tu niestety, spółdzielnia nie może udostępnić swojemu członkowi (czy jakiejkolwiek innej osobie fizycznej), choćby najbardziej zainteresowanemu, ani danych osobowych lokatorów, ani właścicieli lokalu, ani ich adresów, ani numerów pesel (co jest niezbędnym np. przy składaniu ewentualnych pozwów w celu dochodzenia swoich roszczeń wynikłych z naruszenia dóbr osobistych przed sądem powszechnym), bowiem musi w tym zakresie respektować stosowne postanowienia ustawy o ochronie danych osobowych, a nadto Spółdzielnia nie prowadzi już żadnych książek meldunkowych, a same "meldunki" związane z zamieszkiwaniem w niedalekiej przyszłości mają być zlikwidowane.

Mieszkańcy mają prawo do ochrony swoich danych osobowych, do prywatności. To ich "święte prawo" - usankcjonowane ustawowymi, państwowymi normami prawnymi (ustawa z dnia 29 sierpnia 1997 roku o ochronie danych osobowych, Dz. U. z 2002 r., nr 101, poz. 926 z późn. zm.). Państwowymi - co podkreślam, by wskazać na ich rangę, której nie może obalić, podważyć i zmienić nawet "petycja mieszkańców" podpisana przez kilka osób, kierowana do Zarządu czy Rady Nadzorczej Spółdzielni. Jednakże bywa, że odmowa udostępnienia danych osoby poszkodowanej (przez sąsiedztwo) wzbudza poczucie krzywdy, podejrzliwość o współdziałanie lub zmowę służb Spółdzielni ze sprawcą tej niedogodności przeciwko jej słusznym oczekiwaniom, a w konsekwencji kierowane do Zarządu i rozpowszechniane w innych miejscach (np. doniesienia do mediów) skargi i pomówienia. Raz jeszcze zatem wyjaśnić należy, że Spółdzielnia ma ograniczone możliwości skutecznej pomocy w relacjach międzysąsiedzkich i że udostępnianie będących w naszym posiadaniu jakichkolwiek danych nie jest możliwe bez wyraźnego przyzwolenia osoby zainteresowanej. Spółdzielnia, wprawdzie na mocy artykułu 8 ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych, ma zapewnić (tylko członkom) i zapewnia wiele informacji, ale dotyczą one "możliwości przeglądania rejestrów członkowskich spółdzielni, dostęp do statutu i regulaminów oraz uchwał organów spółdzielni i protokołów obrad organów spółdzielni, protokołów lustracji, rocznych sprawozdań finansowych oraz faktur i umów zawieranych przez spółdzielnię z osobami trzecimi". W żadnym jednak wypadku Spółdzielnia nie jest upoważniona do udostępniania indywidualnych danych osobowych - czego często nadal jeszcze oczekuje, czy wręcz żąda część mieszkańców.

Dane osobowe, dane dotyczące właścicieli nieruchomości oraz numery pesel są osiągane jedynie w domenie publicznej i dostępne na uzasadniony interesem prawnym wniosek, składany do organów prowadzących stosowne rejestry. Spółdzielnia do takich organów nie należy. Bywa jednak, że sfera ochrony naszej prywatności mimo woli bywa naruszana przez nas samych (z czego nie zawsze zdajemy sobie sprawę) - a niesłusznie posądzonymi za ich skutki bywają niekiedy pracownicy spółdzielni, którzy akurat mieli to szczęście czy nieszczęście być w sąsiedztwie świadkami określonych wydarzeń i czasem trudno przekonać interesariusza, że to nie miało miejsca. A przecież różnego rodzaju kłopoty czy nieprzyjemności, np. takie jak kradzież tożsamości, mogą wynikać z przekazywania swoich danych osobowych nieznanym podmiotom, podpisywania różnego rodzaju ankiet, formularzy czy umów.

Wielką popularność zdobyła przed paru laty polska, internetowa "Nasza klasa". Na fali sentymentalnych wspomnień lat młodości tysiące ludzi pokazywało zdjęcia, podawało swoje aktualne dane adresowe, identyfikowało się. Jeszcze większą, bo globalną skalę, osiągnął Facebook. Setki milionów internautów zdradza wszelkie możliwe informacje - gdzie mieszkają, co robią, co lubią, kogo nienawidzą, kogo popierają a komu się przeciwni, jak się z nimi kontaktować, pokazują zdjęcia i filmiki ze swoim udziałem, niekiedy także natury wielce intymnej, itp. Pełna i maksymalna jawność i świadomy ekshibicjonizm jednocześnie. Skrajność sprowadzona do stwierdzenia: jesteś w internecie - to istniejesz, nie ma cię w internecie, to nie istniejesz. W tym wirtualnym świecie (z korzeniami przecież w "realu") nie ma alternatywy: być albo nie być. Rzekomo: musisz być. Nie możesz nie być. Ulega tej presji społecznej (podobno?!) już połowa ludzkości. Z najróżniejszymi, często niepożądanymi skutkami.

Ale to odrębny temat, z wieloma kwestiami natury publicznej i prywatnej. Coraz częściej przestrzegają przed tym codzienne publikatory i komunikaty najróżniejszych instytucji (urzędów, policji, różnego rodzaju służb, banków itp.).

Wszelako są tacy, którzy - i słusznie, i zgodnie z prawem - bronią się przed tym. Nie ma ich na internetowym Facebooku, nie założyli sobie stron "wuwuwu", nie mają kont e-mailowych. Nie życzą sobie być w spisie mieszkańców. Nie wyrażają zgody na instalację kamerek przed i w budynkach, w jakich zamieszkują.

W zderzeniu tych skrajności postaw i zachowań, konflikty w niektórych, także w naszej spółdzielczej społeczności, są i mają niestety tendencję rosnącą. Mamy w niektórych wysokich budynkach portierów, w innych kamery - zamontowane za przyzwoleniem reprezentujących stanowisko mieszkańców - Rad Osiedli. Tam, gdzie oko kamery strzeże jakiegoś wnętrza lub otoczenia, potrzeba także osoby śledzącej na ekranie tego "co się dzieje". W wielu przypadkach (chociaż nie zawsze i nie wszędzie) obraz jest nagrywany. Jednak udostępnianie zapisów (decyduje o tym znów nie spółdzielczy a państwowy akt prawny) dopuszczalne jest tylko pewnym instytucjom (np. policji, prokuraturze, sądom), a nie ogółowi osób fizycznych. Nawet zamieszkałym w danym budynku, stąd i tego rodzaju wnioski muszą być z konieczności załatwiane odmownie.

Nie można pani X udostępnić nagrań, by mogła sprawdzić do jakiego mieszkania nocą "wymknął" się jej małżonek (cyt. "proszę, bo będzie to ważny dowód w sprawie rozwodowej"). Nie można udostępnić panu Y nagrania, by mógł rozpoznać twarz sąsiada malującego mu farbą szyby jego auta zaparkowanego pod blokiem ("jak go zidentyfikuję, to mu nogi z d... powyrywam"). Natomiast jeśli tropienie takiego wandala podejmą stosowne organa ścigania - to oczywiście nagrania te otrzymają. Ale to istotna różnica.

A pisząc o imieniu, nazwisku, numerze pesel i adresie - aż prosi się, bym wspomniała jeszcze o podawaniu samodzielnie, przez daną osobę, tych danych komuś innemu i - dodatkowo - podpisywaniu się tuż obok, na najróżniejszych listach (obecności, poparcia, inicjatyw itd.). Bywa - co wielokroć zostało stwierdzone - że listy takie zaczynają "żyć swoim życiem". Ktoś, podając swoje dane osobowe potwierdzone własnoręcznym podpisem, opowiedział się - według słownej informacji osoby prowadzącej listę - np. za budową piaskownicy. Po pewnym czasie kserokopia tejże listy towarzyszy petycji w sprawie garaży, wycięcia drzewa, potem jeszcze innej sprawie.

W czym tajemnica tej wielokrotności ? Otóż lista podczas jej wypełniania i podpisywania nie była opatrzona żadnym nagłówkiem - czemu służy. Była tylko załącznikiem do jakiegoś innego pisma, np. tego o owej piaskownicy. No i wówczas okazuje się, że rzekomo "jawne" poparcie mieszkańców dla jakichś działań jest nadużyciem. Fałszem. Zawłaszczeniem czyichś danych osobowych. Dla konkretnej osoby to pół biedy, gdy rzecz się sprowadza do takich osiedlowych "przepychanek" - w rodzaju "ma być ławka czy ławki ma nie być". Gorzej by było, gdyby ktoś (w bardzo złej wierze) wykorzystał te dane (i podpis!) np. do zaciągnięcia zobowiązań finansowych w banku. Dlatego warto bardzo uważnie sprawdzać, co się podpisuje, gdzie i komu powierza się własne dane osobowe.

Być, albo nie być - to tak naprawdę nie tylko pytanie...


Z poważaniem
KRYSTYNA  PIASECKA
Wspólne Sprawy Nr 284 listopad 2014